W piątek, po wielkiej scholastyce, roku pańskiego 1056, drugiej Ery Eonu czwartego od pierwszego początku czasu wszedł święty Jaromir na górę Kirkalukutix i spojrzał na świat rozciągający się przed nim. I oto ujrzał drzewa bujne i wysokie, które na chwałę Pańską rosły i rosną po dziś dzień w sercu prastarej puszczy. Ujrzał rwący potok, który wybija swą drogę śród skał bezdusznych i kamieni duszą obdarzonych, a które jeszcze w chmury nie wzleciały. Ujrzał pola złocące się pszenicą i pszenżytem o barwie szafranowej, wpadającej gdzieniegdzie w wiosenną zieleń. I zdał sobie o to sprawę iż stoi na szczycie i dalej droga jego wiedzie tylko w dół, a więcej osiągnąć nie będzie mu dane. Zwrócił się tedy do Pana i rzekł <<Cóż czynić Panie, kiedy nogi w dół prowadzą, a serce wzlata ku wyżynom?>>. Niebiosa, dotąd bezchmurne zagrzmiały i na ziemię spadł deszcz. I ozwał się Pan z niebios, a głos jego wstrzymał potok, pochylił drzewa, a pszenżyto pociemniało jakby ze strachu i wielka cisza zapadła gdy mówił. <<Oto, Jaromirze, pójdziesz ty i zgładzisz Grablazara, bestię paskudną, a uczynisz to na moją chwałę i dla dobra większego. Dokonasz tego czynu w ciągu dni siedmiu, nim skończy się Kwarta czasu, a bieg jego odwrócony nie zostanie. Wtedy i tylko wtedy pójdziesz ty wyżej niżbyś marzył i wyżej niż najwyższy szczyt sięga. Oto twoja misja, a wypełnisz ją gdyż grozi wam koniec straszliwy i zły.>>. A gdy głos Pana umilkł z nieba spadł grom i spalił siódmą część lasów, zagotował piątą część rzeki i co jedenastą rybę w niej ubił, a dwudziesty kłos pszenżyta spłonął był na popiół jakby na potwierdzenie słów Jego.
Ruszył tedy Jaromir i po upływie dnia pierwszego dotarł na kres pustyni. Spiekota dopadła go straszna i do ziemi rychło przytknęła. Czuł jednak Jaromir iż Pan jest z nim i powstał był by iść dalej.
Drugiego dnia dotarł ona na skraj morza. Widział jak wzburzone fale kołyszą statkiem wszelkim i jak żeglarze słabi wolą wpadają w toń bezdenną. Zasmucił się więc Jaromir gdyż nie wiedział jak przebyć taki szkwał. Zwątpił w moc Pana i usiadł na brzegu, a spienione fale oblały jego stopy. I dostrzegł on wtedy ścieżkę prowadząc śród fal na drugi kres morza. A ścieżka ta niewidoczna była i jakby z piany morskiej utkana. Tak minął dzień drugi.
Dnia trzeciego stanął Jaromir na krawędzi bezdennej czeluści. Dna jej widać nie było. Rzucił więc kamień by sprawdzić jak głęboko trzeba będzie zejść, bo obejść nie było sposób, lecz kamień nie doleciał i uświadomił sobie Jaromir, że czeluści dna nie mają i że do samego Piekła prowadzę. Jednak łaska Pańska nie opuszczało go w jego misji i oto z chmur spłynął na ziemię skrzydlaty łoś, a skrzydła jego wyrastały z poroża i było ich dokładnie siedemset tysięcy trzysta czterdzieści dziewięć. Wsiadł więc Jaromir na łosia i znalazł się na drugim brzegu.
Dnia czwartego wkroczył Jaromir do ciemnego lasu. Ciemności tak gęste panowały w lesie iż nie sposób było dostrzec własnej ręki. Nie widział też Jaromir drogi którą przyszedł i nieba dostrzec też nie mógł. Zamyślił się więc i stwierdził iż Pan nasz nie może go dostrzec również. Nagle ciemność przebił jasny, palący blask i oto wśród drzew rozwarła się droga. Tak minął dzień czwarty.
Piątego dnia stanął Jaromir u wejścia do groty. Z groty bił chłód i mrok i nijak jej obejść nie było gdyż było to jedyne przejście pod nieprzebytym pasmem gór o graniach stalowych i śliskich. Wkroczył tedy Jaromir w mroki i z modlitwą na ustach wszelkie plugastwo od siebie odstraszał. I szedł tak długo, a każdy atom czasu w Eon się dłużył i myślał już, że zadaniu nie podoła i Pan go w tej grocie opuści. A gdy modlitwa dobiegła końca, skała rozwarła się i oczom jego ukazał się świat za pasmem gór stalowych i słońce znikające za horyzontem. Tak minął dzień piąty.
Szóstego dnia Jaromir stanął u szczytu góry Fardlakimurtix, która z żelaza była zrobioną i szczyt której był legowiskiem złego Grablazara. Ruszył więc na złego z podniesionym mieczem, a pieśń chwalebna na cześć Pana rozległa się echem wśród żelaznych ścian. Zbudził się tedy Grablazar i wypluł z trzewi płomień, a tak gorący, że ściany żelazne uleciały z wiatrem. Jaromir jednak ostał się i zadał był smokowi cios ostateczny, a głowa jego spadła i u stóp góry zatrzymała się. Tak minął dzień szósty.
Siódmego dnia udał się Jaromir do świątyni i głowę smoka na pal przed nią wbił. Resztę dnia poświęcił natomiast na modlitwę i dziękował Panu za sukces i zaszczyt którego dostąpił.
Link do grafiki: http://adf.ly/f9Ye5